Życie toczy się, z dnia na dzień ... A ja czasami zatrzymuję się nad codziennością, by uszczknąć kawałek i napisać ... by nie zapomnieć.
Zakładki:
1% podatku
Gotowanie na ekranie
Kliknij i pomóż
Książki dla dzieci
Książki, książki, książki
Nasze przedszkola
Po pracy:
Poezja w sieci
Prace ręczne
Sklepiki z różnościami
Spotkania w sieci
Wydawnictwa
Z notatnika ...
Zarażona chustomanią?
Znajomi w pracy
Najbliższe Święta:

Wszystkie zdjęcia, filmy i teksty objęte są prawem autorskim. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub po części bez mojej zgody jest zabronione, co stanowi naruszenie praw autorskich. Podstawa prawna Dz.U. 94 nr 24 poz. 83, sprost.: Dz.U. 94 nr 43 poz. 170.
Korzystając z cudzych zdjęć, zazwyczaj znalezionych w internecie, zawsze zamieszczam informację o tym gdzie je znalazłam.
Lilypie First Birthday tickers Lilypie Kids Birthday tickers AlternaTickers - Cool, free Web tickers AlternaTickers - Cool, free Web tickers Daisypath Anniversary tickers Lubię czytać

Przemyślenia

piątek, 26 listopada 2010

Chodzę wśród książek w Empiku i próbuję nie myśleć ... nie myśleć o NIM.

Raz po raz wyciągam rękę po książkę, czytam opis na obwolucie i odkładam z powrotem. Żadna nie przyciąga mojej uwagi na dłużej. Myśl wciąż powraca do NIEGO.

Na niczym nie mogę się skupić, nie umiem też ubrać tych myśli w słowa. Zapisują kartkę za kartką, kreślę, drę, wyrzucam i znów piszę. Pisanie mnie uspokaja, pomaga poradzić sobie z rozżaleniem, z rozchwianymi emocjami, z bólem i smutkiem. Choć nie rozumiem czemu emocje są tak silne.

Nie znałam GO, nie spotkaliśmy się i nigdy się już nie spotkamy. Nie spotkałam też JEGO Mamy, Taty czy Rodzeństwa ... Nie znam nawet JEGO imienia.

A mimo to czuję ból, tępy ból i stratę, które chciałabym zamknąć w klatce mego umysłu, wypchnąć z serca, wepchnąć w najdalszy zakamarek. Ale one uporczywie powracają, raz po raz, myśli o NIM. Chciałabym je przemilczeć, przeboleć w samotności i ciszy, ale nie potrafię ich powstrzymać.

Opłakuję GO, otulam swoimi łzami, moje serce płacze za NIM.

Nie umiem znaleźć słów pocieszenia ... ani dla siebie, ani tym bardziej dla Was.

Zapalam w moim sercu płomyk - dla Ciebie i innych Aniołków.


czwartek, 07 października 2010

Jestem w Hamburgu, na dworze ciepło, wiosennie wręcz, choć ostatnią noc padał deszcz. Deszcz tylko odświeżył noc i przyniósł orzeźwiający poranek. Nic z tego, i tak całe dnie spędzam w labie. Nie mam kiedy myśleć o pięknej pogodzie za oknem, nie mam kiedy myśleć o domu. A jednak, w tym zabieganiu, pomiędzy jednym ciśnieniem a drugim, między jedną temperaturą a dugą, między jedną próbką a kolejną, gdzieś w zakamarkach mózgu pojawia się tęsknota. Tęsknota za domem ... za K., za Marysią ... za tomami książek na półce ... za rzeczami ułożonymi na półkach w szafie a nie w walizce ... za wieloma szczgółami. Tęsknota za przyglądaniem się pomysłom Marysi, słuchaniem jej głosu ... Tęsknota ta nie ściska serca, tak żeby przelewać się przez oczy. Ta tęsknota nie ściska żołądka. Ta tęsknota poprostu jest, tuż obok, gdzieś z tyłu głowy, jest cały czas.

Tęsknota wezbrała, gdy poszłam do sklepu. Chwila oderwania od pracy, chwila niemyślenia, chwila ciszy i samotności. Wtedy pojawiły się całkiem inne myśli, myśli o przyszłości. Jak skończę doktorat i chciałabym zostać w fizyce, jako dr. już. Wtedy powinnam wyjechać na postdoc'a, na rok lub dwa, za granicę.Z rodziną oczywiście jest to możliwe, ale ... Czy ja jestem w stanie mieszkać za granicą dłużej niż kilka tygodni? Wtedy, kiedy pojawi się tęsknota za Domem, za Ojczyzną, za W-wą, za uliczkami Starego Miasta, za polskim jedzeniem, jeszcze nie tak zmodyfikowanym jak niemieckie, za rodziną, za przyjaciółmi, za znajomymi, za językiem polskim wciskającym się do głowy przy każdym wyjsciu na ulicę, płynącym z gośników na stacji, z radio, od przechodniów i współtoważyszy podróży... Czy jestem w stanie?

Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, jednak boję się porażki, boję się ryzyka. MIeliśmy już w naszym życiu takie doświadczenie, pobytu za granicą, roku spędzonego w Niemczech. I choć był to czas dobry /ukończenia kursu na nauczycieli NPR, pojawienia się Marysi/, był to też czas bardzo trudny. Czy byłabym w stanie to powtórzyć?

Miało być o tęsknocie, a pojawiły się inne myśli, przemyślenia ... Któż by się spodziewał?  

środa, 08 września 2010

Zostałam zaproszona, przez RodzinkęXL z blogu Domek przy Wichrowych Wzgórzach, do takiego oto łańcuszka i chetnie z niego skorzystam :)

A oto 10 rzeczy, które lubię najbardziej:

1. Książki - lubię je przede wszystkim czytać, kupować i wypożyczać, mieć, patrzeć na nie i wiedzieć, że moje ulubione stoją na półeczce i tylko czekają, aż wezmę je do reki, że zawsze mogę po nie sięgnąć. Gdy wejdę do księgarni to spędzam tam zawsze mnóstwo czasu i zazwyczaj wychodzę z jakąś zdobyczą. Nie umiem natomiast pozbywać się książek, dlatego w moim domu, wszędzie, gdzie się obejrzycie, są książki. Lubię też dostawać książki i chyba Mikołaj o tym wie :) (zobacz tutaj)

2. Biblioteki i księgarnie, a szczególnie księgarnię "Efemeros" na zamojskim rynku - w nich mogę utonąć, zatopic się w książkach, czuć ich zapach i smak na języku, dotykać i oglądać, wybierac i przebierać ... i być w ich obecności.

3. Kawę - delektować się nią, pić poprostu i umawiać się na kawusię ze znajomymi. 

4. Mieć w domu mnóstwo różnych herbat i nie móc się na coś zdeecydować.

5. Szalone zabawy twórcze z Marysią (i nie tylko) - zabawy plastyczne i manualne, tworzenie scenariuszy i robienie przedstawień (to było na rekolekcjach, jako DK) 

6. Prowadzić kursy NPR - w tym się w 100% realizuję. 

7. Czas eksperymentów i pomiarów - wtedy odkrywam dlaczego wybrałam fizykę i jaką frajdę mi to sprawia.  

8. Przygotowania do Bożego Narodzenia - wspólnie spędzony czas, ubieranie choinki, wspólne gotowanie i pieczenie (tutaj nasze szaleństwa przedświąteczne), wybieranie prezentów, robienie kalendarza adwentowego z Marysią (tutaj o kalendarzu 2009) 

9. Boże Narodzenie - wspólny czas, zapaloną choinkę, kolędy, pyszne jedzonko, rozdawanie prezentów (to ja jestem zawsze elfem św. Mikołaja :)) i wreszcie granie w różne gry np. Carcassonne (na co na-co-dzień nie mamy czasu)

10. Robić zdjęcia - choć może nie super-artystyczne, ale pokazujące co sie z nami, u nas i koło nas dzieje.

 

Przymuję też łajania, które dostałam na tymże blogu - o tutaj (no naprawdę, tak mnie zganić :)):

Ewciu, tylko plis, obiecaj, że to zrobisz – wierzę gorąco, że przypomni Ci to chociaż trochę przyjemność płynącą z pisania bloga! Mam nadzieję, że odczytujesz me słowa jako prawdziwą POŁAJANKĘ, że się tak zapuściłaś!!! A nas dałaś w odstawkę! Pozdrawiam Was ciepło i trzymam za słowo!

i postaram się poprawić.

czwartek, 17 czerwca 2010

Potrzebuję się dookreślić,
dopisać kolejne zwrotki tej pieśni i wyśpiewać ją ...

Potrzebuję zatrzymać się na chwilę, przestać biec, uciekać przed niewiadomoczym, zatrzymac, zastanowić, zamyślić ...

Potrzebuję czuć i być odczuwana ...

Potrzebuję innych ludzi, drugiego istnienia, żeby zrozumieć gdzie kończę się ja a zaczyna inny człowiek ...

Potrzebuję odpowiedzieć, albo zacząć odpowiadać na wszystkie pytania, na te wypowiedziane i nie ...

Potrzebuję odnaleźć pytania, które biegają po mojej głowie, sercu i duszy, odnaleźć je i wypowiedzieć ....

Potrzebuję spędzać czas z najbliższymi i z dalszymi ... spotykać się z tymi, którzy zapełniają moje serce, bo z każda kolejną osobą robi się coraz większe i większe ...

Potrzebuję realizowac moje marzenia ...

Potrzebuję odkrywać kolejne ścieżki mego istnienia ...

Potrzebuję ...

środa, 06 stycznia 2010

Wigilia ...
Dzień do którego przygotowujemy się cały rok, a potem cały Adwent, tak szczególnie, tak bogato, tak długo ...
a jednak ...
Czy jesteśmy na niego gotowi?
Czy jestem gotowa na to spotkanie?
Spotkanie z Nowonarodzonym Dzieciatkiem, co cicho leży w żłóbku, co kwili na sianeczku, co pośród nocy płacze ...

Czy Dziecina płacze, bo wie, jaki czeka ją los?
Nie Golgoty się boi lecz ... Golgoty naszych serc
Odrzucenia
Zaniedbania
Uniekania
Nieprzyjęcia
Odsunięcia na później
Oddalenia
i ...
SAMOTNOŚCI

Nie myslę o tym w tę piekną, magiczną, czarodziejską Noc,
w te Noc pełną łaski,
w Noc, w która wierzą nawet Ci, którzy na co dzień sa oddaleni,
w tę Noc, w którą wszystkie serca na całym świecie pragną się spotkać, pragną się zbliżyć do drugich serc, pragną dotknąć i poczuć tę radość i MIŁOŚĆ, że Dziecię się narodziło.

Czy Dziecię narodziło się naprawdę?

Czy Dziecię narodziło sie i w moim sercu?

Jakie miejsce przygotowałam dla Dzieciątka w moim życiu?

piątek, 30 października 2009

Jakoś nie mogę się dziś skupić,
tysiące niedokończonych myśli kołacze się po głowie,
ani ich powiedziec, ani zapisać ...

Trudno coś nieuchwytnego zamknąć w słowa.

Skąd bierze się ten rodzaj rozproszenia,
ten typ zadumy i zamyślenia?

Urywki myśli, 
kawałki niewypowiedzianych zdań,
pomysły niedokończone,
nie do końca uformowane kształty,
pragnienia nie uświadomione,
niezrealizowane plany,
marzenia kołaczace się gdzieś pod powłoką świadomości ...

Nieuchwytne, niezapisanie, niedokończone, niewypowiedziane ...

poniedziałek, 12 października 2009
Życie toczy się z dnia na dzień ...
Powoli i mozolnie, a jednak zadziwiająco szybko.
Trudno oddzielić dzień od dnia, godzinę od godziny ...
Trudno oddzielić szarość poranka od szarości południa czy wieczora.
Odcienie szarej codzienności zlewają się w jedno,
bo czy łatwo dojrzeć niewielkie różnice, uchwycić je, złapać w dłoń i pieścić?
Chwila mija szybko i nie umiem jej zatrzymać,
czyż można zatrzymać upływający czas?
 
A jednak ...
czasami zatrzymuję się nad codziennością, by uszczknąć choć kawałek
czasem zatrzymuję czas, by napisać ...
czasem zatrzymuję chwilę ... w obiektywie
czasem zatrzymuję się i kontempluję codzienność, by dostrzec kontury i kształty - odcienie szarości,
czasem zagłębiam się w codzienność, a ona staje się kolorowa, piękna, jak rozkwitający kwiat,
a wszystko po to ... by nie zapomnieć.
poniedziałek, 14 września 2009

Smuteczki mne ogarnęły.
Zawsze tak się dzieje jak wrócimy SKĄŚ.
Tym razem to SKĄŚ to było Zalesie, zjazd Stowarzyszenia LMM.

TAM było super:

Ludzie - nasi przyjaciele.

Małżeństwa - żywe świadectwa NPR i życia we dwoje.

Wszystkie dzieciaczki, te mniejsze i większe, wywoływały uśmiech na twarzy i ciepło w serduchu.

Kochane dzieci tych, których w sercu nazywam przyjaciółmi, choć nigdy sobie tego nie powiedzieliśmy: Tosia i Jaś, Bartuś, Kubuś, Marysia, Basia i Oleńka.  

"Brzuszki" - radość ze szczęścia rodziców, łza w oku i ... to dziwne kłujące uczucie w sercu (czy to zazdrość???). Och, ile bym dała, żeby mieć taki "brzuszek", dzieciątko pod sercem ...  

Rozmowy - budujące, łączące serca, zmniejszające przestrzeń nas dzielącą, dające nadzieję, pokazujące, że nie jesteśmy sami, że jesteśmy potrzebni, że trzeba rąk do pracy i serc do dzielenia się. 

Wykłady ojca Ksawerego Knotza (zobacz Akt małżeński - Szansa Spotkania z Bogiem i miedzy Małżonkami).

Eucharystia - spotkanie z Najważniejszym Przyjacielem.

I jeszcze Jaś. Nie wiem czemu to spotkanie wywołało tyle emocji, cieplych, pozytywnych i dobrych emocji, choć nie zawsze łatwych (bo przecież pragniemy zaprosić do naszej rodziny kolejne dzieciątko). Już samo patrzenie na niego, u mamy czy taty na rękach, wywoływało uśmiech w sercu i oczach, bo przecież znamy się od "fasolki", choć nie widzieliśmy się prawie rok. Nie wiem, może spotkały się "pokrewne dusze", amoże to było poprostu spotkanie dwóch otwartych serc. A potem: utulić dzieciątko drżącymi rękami ... obdarzyć uśmiechem i otrzymać odpowiedź ... zaufanie i ufność ... i pokój, że tak jest dobrze, że tak właśnie powinno być. Kasiu, Tomku, dziękuję Wam za Jasia ;)

Ale powrót, jak zwykle - ciężki. Wczoraj w domu nie potrafiłam sobie znaleźć miejsca, ale emocje spotkania wciąż były świeże, i nie byłam sama, był Krzyś i Marysia. Teraz emocje też są świeże, ale już nie tak. A ja siedzę sama w pracy i ... nie mogę się do niczego zabrać, nie mogę się pozbierać, nie umiem. Wiem, to przejdzie, ale dziś jest trudno, są smuteczki.

środa, 12 sierpnia 2009

Natchniona przez wpis dziwobaby z blogu Dziubelunio pt.: "A po cesarce piersią karmić nie będziesz..." napiszę trochę, znów (poprzedni wpis na ten temat: Piersią i niepiersią), o moich przygodach z karmieniem piersią.

Ja po cesarce karmić piersią, karmiłam - ale od początku było nam pod górkę.

Poród.

Zacznijmy od tego, że po 12h czy 16h porodu (= męczarni), kilku kroplówkach z oksytocyną, oraz przebiciu pęcherza płodowego, po którym zaczęłam tracić przytomność (spadek cukru we krwi), i kilku zanikach tętna maluszka usłyszałam od położnej:

- Pani nie wygląda na cierpiącą, damy więcej oksytocyny.

Wtedy miałam już serdecznie dość a łzy same płynęły z oczu. Zdecydowałam się na znieczulenie i wreszcie przyszedł sen. Na nieszczęście nie na tym boku co trzeba, i dzidziuś zaczął traci tętno, więc dość szybko trafiłam na salę operacyjną. Poród zakończył sie cesarką, w ponad 24h od rozpoczęcia indukcji. Dzidziuś był bardzo zmęczony, i ja również.

Sala pooperacyjna.

Pierwsze słowa które usłyszałam, jak poprosiłam o podanie Marysi do cycula, na sali pooperacyjnej:

- Ja mogę Pani ją podać, ale ona i tak nie będzie chciała ciągnąć, bo jest bardzo zmęczona i ma żółtaczkę. (..) To ja od razu pójdę przygotować butelkę.

Owszem dostałam małą, ale ... nikt mi jej nie pomógł przystawić. Za chwilę dostałam też pełną (~30 ml) butelkę mleka (maluszek w pierwszym dniu potrzebuje tylko małą łyżeczkę mleczka, czasem dwie), którą miałam podać małej - położna stała i czekała aż ją tym nakarmię. Dowiedziałam się przy okazji, że oczywiście mała dostała już wcześniej, zaraz po porodzie, kiedy mnie już uspano, glukozę, również przez butlę ze smokiem.
Mężowi nie wolno było wejść na salę pooperacyjną (był ukradkiem, przez 20 minut), normalnie przyszedł dopiero salę poporodową, ale to było już ponad 24h po porodzie.

Sala poporodowa.

Na sali poporodowej, jak to zwykle bywa w "nowoczesnych" szpitalach, czekał mnie rooming in, czyli sama musiałam się zająć maluszkiem. Marysia miała żółtaczkę, leżała na lampach, i była ogólnie mówiąc ospała, nie chciała ssać i nie budziła się na jedzenie. A ja ... przez dwa dni nie mogłam się doprosić doradcy laktacyjnego, choć były problemy z karmieniem, bo był weekend, a potem doardca był na urlopie. A kiedy poszłam szukać pomocy dowiedziałam się tylko, że:

- No przecież ma Pani pokarm (położna po silnym naciśnięciu na moje piersi)
- To jak ja ją mam przystawić?
- No jak to jak, normalnie, do cycka.
- Chciałabym, żeby mi ktoś przyszedł pomóc przystawić małą, bo chyba nie umiem sobie poradzić, i Marysia jest taka ospała i nie chce jeść, nie budzi się na jedzenie. CHyba nie umiem sobie z tym poradzić.
- Ma Pani tutaj ulotkę o karmieniu piersią, proszę ją przeczyta i stosować sie do niej.

No pięknie, zostałam z tym wszystkim sama. Następnego dnia okazało się, że Marysia spadła poniżej "urzędowych" 10%, co przy masie urodzeniowej 2800g było już niebezpieczne - DOKARMIANIE. I wreszcie pani doktor wymogła na położnych, żeby przyszła do mnie pomoc, w celu usprawnienia karmienia piersią. Słowa pielęgniarki:

- Jeszcze tak ospałego dziecka to nie widziałam.

W domu

Ze szpitala wyszliśmy z obowiązkiem dokarmiania. Po kilku dniach przyszła pielęgniarka środowiskowa i:

- Ale po co ją dokarmia, przecież dobrze rośnie (chyba), i widzę, że ciągnie z piersi.

Nawet nie przyjrzała się, czy to efektywne karmienie. Zrezygnowałam z dokarmiania, zgodnie z radą pielęgniarki.

Niestety mała nie przybywała.

Po kilku tygodniach, w poradni laktacyjnej okazało się, że karmienie nie było efektywne, ale wtedy już trzeba było dokarmiać Marysię, bo nie miałam wystarczającej ilości mleka, a odciąganie niewielkie rezultaty przynosiło. Zresztą niewiele nam ta poradnia pomogła, bo nie skorygowała sposobu ssania (płytkie ssanie, odruch wymiotny przy głębszym wsadzeniu piersi, czy nawet przy podaniu palca do ssania).

Za kolejny miesiąc czy półtora trafiliśmy do następnej poradni laktacyjnej, na Kasprzaka. Choć nam nie mogli już pomóc - "stare" dziecko, to z tej jednej poradni jesteśmy bardzo zadowoleni, i wiele się tam dowiedzieliśmy. Daradczyni rozsądnie podeszła do sprawy, powiedziała że teraz już nie skoryguje się złego ssania i może ono poprostu wygasać, lub możemy od nowa zacząć walkę odciąganie-podawanie odciągnietego mleka-dokarmianie-odciąganie. I że to byloby żmudne i męczace, a efekt mizerny.

W końcu sie poddaliśmy, a karmienie potrwało jeszcze około 2 miesięcy.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Prawde powiedziawszy, nawet nie poczułam, że były Świeta.
Owszem, byliśmy u moich rodziców.
Siedzielismy przy stole, jedliśmy, rozmawialiśmy.
Bylismy nawet u babci.

Ale czy na tym polegają Święta?
Czym są i jak powinniśmy je przeżyć?
Co zrobić, by następnym razem nie czuć, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło?
Jak nie stracić tego czasu?
Co zrobic by nie przeciekł, jak woda, przez palce?
Jak się przygotować i jak przeżyć ten czas?

Wiele pytań kłebi sie po głowie, i nie umiem na nie odpowiedzieć.

A chciałabym, byśmy wszyscy troje, razem z Marysią, jakoś szczególnie przeżyli ten czas.
Byśmy razem stworzyli swoja tradycję przeżywania Wielkanocy.
Cóż, może w przyszłym roku ...

A narazie, korzystajmy z tego co dał nam Pan.
Bo On prawdziwie Zmartwychwstał, nawet jeśli tego zupełnie nie odczułam.

 
1 , 2